Mestwinem do Kłajpedy [9-16.09.2009]

W trakcie ubiegłorocznego rejsu do Lepaji pomyślałem, że Warmińsko-Mazurska Chorągiew ZHP nie organizowała od 1997 chorągwianego rejsu morskiego. Jakoś nie było komu podjąć się tego zadania, wieloletni brak pilota chorągwi, koordynującego sprawy wodne, znacząco wpłynął na taką sytuację. Jako, że byłem komandorem ostatniego rejsu posiadałem w tej kwestii pewne doświadczenie. Mając na względzie podnoszenie kwalifikacji przez harcerzy, a jednym z wymogów na stopnie żeglarskie od sternika jachtowego w górę, jest odpowiedni staż morski, „uzbrojony” w pomysł, plan i uzasadnienie poszedłem do komendy chorągwi przedstawiając swój zamysł. Ku mojemu zdziwieniu, natrafiłem na brak zainteresowania tą propozycją, odpowiedziano mi wprost, że „nie ma takiego zapotrzebowania”. Cóż wróciłem do domu jak niepyszny.
Parę dni po tym wydarzeniu odbywało się spotkanie naszego klubu PTTK „Kilwater”. Opowiedziałem o swoim pomyśle i odpowiedzi na niego. Reakcje były mniej więcej takie jak moja gdy opuszczałem progi komendy chorągwi: zdziwienie, niedowierzanie, śmiech. Warmia i Mazury, które wodą stać powinny, od wody się odwracają. Może to ogólnokrajowy trend? Szybko podjęliśmy decyzję o zorganizowaniu takiego rejsu. Przyjęto pomysł trasy lekkiej i przyjemnej, za cel obierając Kłajpedę. W ciągu dwóch tygodni miałem listę uczestników rejsu oraz listę rezerwową, w razie, gdyby ktoś się wykruszył. Zadzwoniłem do znajomej firmy czarterowej i zamówiłem jacht. Jako, że moje koleżanki i koledzy z klubu nie posiadali jeszcze morskich szlifów, zorganizowane zostały trzy spotkania przygotowujące teoretycznie i dwa pływania, żeby przypomnieć sobie, jak manewrować jachtem. Chcąc mieć pewność, że dane mi będzie zmrużyć oko w trakcie rejsu, poprosiłem swojego kolegę Marka Menesiaka z Poznania o objęcie funkcji pierwszego oficera. Pływaliśmy ze sobą tyle razy, w warunkach sztormowych i zupełnej flaucie, w każdej sytuacji okazywał się niezawodny. Także drugiego oficera dobrałem dla wzmocnienia kadry. Koleżanka Joanna Krzemińska z Pucka, rodowita Kaszubka, bodaj najmłodsza w załodze, jakkolwiek opływana na wodach zatoki, to jedynie na niewielkich łódkach: Puckach, Drużynach (podobna do DZ) i na „Sztormanie” typu HTC, był to dla niej pierwszy tak daleki rejs i pierwszy w stażu na sternika morskiego. Oboje ze stopniem sternika jachtowego (Asia zdała sternika rok wcześniej i to bezproblemowo, wiem – bo byłem w komisji egzaminacyjnej, zatem wymóg karty bezpieczeństwa został spełniony).

Czterech załogantów w stopniu żeglarza jachtowego (w tym trzeci i czwarty oficer) oraz dwoje załogantów bez stopnia. Wspomniałem o teoretycznym przygotowaniu do rejsu. Pierwsze spotkanie dotyczyło ogólnie pojętych kwestii bezpieczeństwa, środków ratunkowych, indywidualnych i zbiorowych, procedur, w tym powiadomień przez UKFkę, poruszania się po pokładzie. Wszystko to okraszone było prezentacją multimedialną, pokazem pasa ratunkowego, szelek, flar, pławek świetlej i dymnej oraz filmikiem z otwarcia tratwy ratunkowej. Drugie spotkanie dotyczyło obowiązków należących do wachty: prowadzenie jachtu, obserwacja (tu nastąpiło pewne zdziwienie, ale po rejsie wszyscy przyznali,że nie zdawali sobie sprawy, jak na pustym morzu, nagle i z nikąd pojawiają się statki, a zwłaszcza promy Stena Line), prowadzenie dziennika i nanoszenie pozycji na mapę (to ostatnie okazało się na tyle ciekawe, że nawigacja stała się tematem naszego trzeciego spotkania), a poza tym omówiliśmy wszystkie instalacje jachtowe: wody słodkiej, zaburtowej, kingston, elektryczną i paliwową. Trzecie spotkanie, jak wspomniałem, miało dotyczyć nawigacji i pierwotnie miało dotyczyć jedynie przyszłych oficerów, ale oczywiście mogli w nim wziąć udział wszyscy zainteresowani. Przyszli wszyscy! Praca na mapie (dla utrudnienia wziąłem Amerykę południową – wybrzeże Urugwaju, okolice Montevideo), locje, spisy świateł, spisy radiostacji nautycznych. Wydawnictwa Biura Hydrograficznego Marynarki Wojennej były dla naszych adeptów nawigacji strawne, ale gdy w trakcie ćwiczeń (to Montevideo) otrzymali locję i spisy świateł Brytyjskiej Admiralicji, przestało być różowo. Wyznaczanie kursu, pozycji, namiary, określanie przebytej drogi i czasy na osiągnięcie określonego celu, podpierając się mapą baryczną, „maglowaliśmy” do całkowitego wyczerpania kursantów.

Wszyscy z utęsknieniem oczekiwali na dziewiątego września, dzień rozpoczęcia rejsu. Wraz z „trzecim” przyjechaliśmy do Górek Zachodnich dzień wcześniej. Miałem możliwość sprawdzić silnik, elektrykę i instalację wodną. Rano po dotarciu reszty załogi nastąpił podział obowiązków. Wszyscy zaształowali się na jachcie. Nasze panie otrzymały osobną kabinę tzw. jaskinię troli, czyli dziobową, oficerowie w „telewizorkach”, reszta na dolnych kojach. Część pojechała po zapasy, drudzy wyciągnęli wszystkie żagle i zrobiliśmy ich przegląd, ształując według przewidywanych potrzeb. Gdy wszystko było gotowe, zrobiliśmy już praktyczne przeszkolenie ze środków ratunkowych, każdy dostał swoje szelki i dopasował do swej figury, zasad bezpieczeństwa, poruszania się po jachcie, obsługi wind fałowych, szkoleniowo postawiliśmy i zrzuciliśmy żagle, refując je przy tym. Krótkie przypomnienie zasad p.popż., a także, co należy do powinności wachty i nastąpiło oddanie cum.

Wywoływany GPK w Górkach nie odpowiadał, ale za moment pojawił się „wopik” z „mydelniczką” (ręczna UKFka) i zgromił nas za nie zameldowanie wyjścia. Odkąd jesteśmy w strefie Schengen, to takich cyrków już nie ma, ale nie w Górkach. Po minięciu główek i podejściu do „kardynała” GW podszedł do nas kuter Straży Granicznej i od nowa zaczął nas „spowiadać”. To fatum ciążyło na nas do końca. Łagodny południowy wiaterek wiał prosto w rufę. Postawiliśmy żaglei pełnym baksztagiem skierowaliśmy się na północny wschód. Rano przywitało nas piękne słoneczko i zupełna flauta, w oddali widzieliśmy rosyjskie brzegi przylądka Taran, a my bujaliśmy się na gładkim jak stół Bałtyku do wczesnego popołudnia. Jedynym pomysłem było zrzucenie żagli i uruchomienie silnika. Po przepłynięciu kilku mil, zauważyliśmy marszczącą się wodę. Silnik został odstawiony, a żagle wróciły na maszty. Przez noc zbliżyliśmy się do granicy między Rosją, a Litwą i przed południem minęliśmy stojącą tam platformę wiertniczą. Po południu wiatr zaczął tężeć, by pod wieczór dojść do szóstki. Konieczne stało się zarefowanie grota na pierwszy ref. Przed dziobem błyskała latarnia Joudkrante, a im ciemniej się robiło, tym wyraźniej było widać łunę Kłajpedy. W odległości trzech mil od główek, zdecydowaliśmy się zrzucić żagle i podejść na silniku ze względu na przeciwny wiatr. Żagle poszły w dół, silnik na przód. Stanąłem do steru, koło w prawo, a jacht w lewo. Pięknie, nie mamy steru! Tu kolejna sprawa wyjaśniła się naszym neofitom w sposób nie podlegający dyskusji: rumpel awaryjny musi być na wierzchu i nie wolno go niczym przywalić! Sterowanie krótkim rumplem, z dającym opory kołem i na morzu rozbujanym po szósteczce, to nie lada zadanie, z wejściem o trzeciej w nocy w dość ciasne w tych warunkach główki Kłajpedy. Udało się bez większego problemu i tu nasze fatum odezwało się ponownie. Litewskie „wopiki” oświetliły nas i syreną przywołali do siebie. Co prawda zgłosiliśmy wejście na kanale 9, to „wopiki” wymagają zgłoszenia na 73. Rozmowa (po angielsku) była sympatyczna i krótka, nawet nie podaliśmy cum, więc zaraz wróciliśmy na Nidę i podążyliśmy do mariny na Kosie Kurońskiej, wolałem nie pchać się do ciasnej Pilies Mariny po nocy i bez steru, a „jotka osiemdziesiątka” to nie mała lekka łódka. Udało nam się znaleźć miejsce i po dwóch i pół dobie osiągnęliśmy nasz cel. Rano mogliśmy sobie popatrzeć na start do regat tutejszych żeglarzy. Start odbywał się w głównym kanale portowym, ruch kontenerowców i promów jak zwykle, ale małe i większe jachciki pod żaglami idące całym stadem nie wywołują tu żadnych spazmów służb portowych, jak to jest np. w Gdańsku, gdybyśmy chcieli podejść na żaglach, choćby do „Zakrętu pięciu gwizdków”. Część załogi poszła zwiedzać nabrzeże z kutrami, twierdzę i skansen. Ja zająłem się sterem. Na szczęście to nie sterociągi, lecz czop koła sterowego. Po naprawie i powrocie załogi, przepłynęliśmy Nidę i weszliśmy na rzekę Dange i dalej do Pilies Mariny. Rozpoczęliśmy zwiedzanie Kłajpedy. Starówka, teatr, fontanna Aniki i Simona Dacha, barkentyna „Meridianas” na rzece Dange. Na obiad Zeppeliny i Svyturys, niestety wieczorem nie załapaliśmy się już na wędzone świńskie uszy do Svyturysa, był tylko żarennyj chleb. Rano po toalecie i porządkach na jachcie oddaliśmy cumy i „Mestwin” ruszył przez wąski kanał w drogę powrotną. Na odchodne litewska Straż Graniczna dogoniła nas swoim kutrem na kolejną „spowiedź”, tym razem po rosyjsku. Podobno nie słyszeli naszego zgłoszenia na UKFce? Najbardziej obawialiśmy się przyboju na główkach, lecz tym razem zostało to nam oszczędzone i w słabnącej jedynce znowu bujaliśmy się na torze wodnym. Lekko odsunęliśmy się na silniku i złapaliśmy słaby wiaterek. Tym razem wiatr był pomyślny – wschodni. W nocy stanąłem do steru, by odciążyć czwartą wachtę, wiatr zaczął tężeć. Przed nami błyskawice rozświetlały co moment niebo. Na nas spadło tylko kilka kropel. Minęliśmy oświetlona jak choinkę platformę, a rano dochodziliśmy już do Taranu. Tu kolejna niespodzianka – dwie potężne zardzewiałe i nieoświetlone boje już poza granicami rosyjskich wód, których pozycja nie była zaznaczona na żadnej mapie i locji. Przeszliśmy między nimi. Wiaterek doszedł do szóstki, ale cały czas w rufę. Po południu nadleciała „Bryza” naszej Straży Granicznej, okrążyła nas i oczywiście wywołali jacht PZ-69, czyli nas. Po serii rutynowych pytań odlecieli, ale nie na długo, za moment zawrócili i poprosili o przeliterowanie nazwy jachtu, choć sami tej nazwy użyli do wywołania nas. Załoga miała niezły ubaw, zwłaszcza, gdy w głośniku padło pytanie: ”jakie są wasze zamiary”. Załoga krzyknęła: „ZŁE!!!”. Godzinę później naszym oczom ukazał się Cypel Helski. Po dwóch godzinach wchodziliśmy do portu. Rano wybraliśmy się na zwiedzanieHelu, do latarni, do Baterii Cyplowej i na plażę. Przed południem oddaliśmy cumy i nasza kadra oficerska (pierwszy i druga) mieli możliwość praktycznej nauki manewrowania jachtem w porcie. Pusty port, dużo miejsca i długie nabrzeże sprzyjało nauce odejścia i podchodzenia do kei. Po manewrówce udaliśmy się do Pucka. Minąwszy pole ”sieciowe”, miedzy Helem a Jastarnią weszliśmy na Głębinkę pod żaglami. Wiatr sprzyjał, zatem żagle zrzucaliśmy dopiero za boją PK. Byliśmy witani przez rodzinę Asi naszej drugiej oficer i moich kolegów z HOMu. Korzystając z okazji, że nie było „Alfa”, stanęliśmy sobie na jego miejscu. Jachty są identyczne, nawet bosman z HOMu zdziwił się, że „Alf” już wrócił. Zwiedziliśmy to co jeszcze było można o tak późnej porze i po krótkim śnie rozpoczęliśmy powrót do Górek. Znowu udało się przejść Głębinkę nażaglach. Niestety ta żeglarska passa dopisała tylko do trawersu Sopotu. Odtąd już do końca „okręt” szedł na dieselgrocie. Do Górek weszliśmy około czternastej żeby szybko wyokrętować Marka, który miał pociąg do Poznania. Załoga spakowana już na morzu szybko wyokrętowała się i przystąpiła do porządkowania jachtu. Przekazaliśmy jacht armatorowi i wszyscy się rozjechali, zostałem, by pomóc w oczyszczeniu wiatraczka logu z muszelek, przetkaniu kingstona (nasze panie…) i naprawie szczotkotrzymaczy alternatora.

Neptun okazał swoje miłosierdzie neofitom i nie doświadczył nas sztormami, pogoda byłą wymarzona, osiągnęliśmy wszystkie postawione cele, jacht nie zawiódł, mimo kilu drobnych usterek. Na spotkaniu po rejsowym, obok wspomnień przy oglądanych zdjęciach, padły już ustalenia dotyczące przyszłorocznego rejsu. Żeby nie było zbyt trudno, popłyniemy o krok dalej, do Lepaji. Duże zainteresowanie spowodowało, że już mamy zamówione dwie „jotki” „Mestwina” i „Freyę”, a lista podstawowa kandydatów na załogantów jest już kompletna i przyjmowane są zapisy na listę rezerwową. Jest też pomysł na wzięcie udziału w pielgrzymce kaszubskiej w Pucku na Piotra i Pawła, a także udziału w zlocie jachtów dwumasztowych „Próchno i rdza”, czyli drugiej edycji tegorocznego zlotu jachtów stalowych „J-80” „Żelazo 2009”. Gdy miesiąc później, pomny „opieki” straży Granicznej, prowadząc „Inę” do Gdańska, podszedłem do GPKu i zgłosiłem wyjście, pan chorąży patrzył na mnie jak na kosmitę, najpierw padło pytanie: czy płyne do Rosji, gdy zaprzeczyłem, drugie pytanie było: czy mam na pokładzie kogoś spoza strefy Schengen, gdy i temu zaprzeczyłem, usłyszałem, żeby nie zawracać więcej głowy, no może dobór słów był nieco innyJ.Organizacja takiego rejsu, to naprawdę nie takie trudne zadanie, a efekt jest naprawdę wart zachodu. Wstęp został poczyniony, teraz zaczekamy na chętnych. Powoli Warmiacy wracają na morze, zwłaszcza,że kolejny rejs „Mestwina” po nas, poprowadził jeden z moich wachtowych z mojej byłej drużyny harcerskiej. Z załogą Yacht Klubu Polski popłynął na Alandy. Brawo! Tak trzymać!

Załoga Mestwina:
Maciek Grzemski – Kapitan
Marek Menesiak – I Oficer
Joanna Krzemińska – II Oficer
Maciej Głowacki – III Oficer
Hanna Brywczyńska – IV Oficer
Justyna Sawko – załogant
Łukasz Banasik – załogant
Bogna Wojciechowska – załogant
Lukasz Majchrzak – załogant

Tekst:
©Maciej Grzemski
Zdjęcia:
©Maciej Głowacki