Rejs – Zalew Szczeciński i Bałtyk [29.07-09.08.2018]

Czasem od samego początku nic nie wychodzi. Nie ma kto płynąć i nie ma z kim płynąć. Wiadomo było tylko gdzie płynąć i w jakim terminie – Zalew Szczeciński i Rugia. To było wskazanie Józka. To jego akwen od sześciu już lat. A mój akwen już dwukrotnie pokonany. Pokonany-to za mocno powiedziane. Zaliczony też nie brzmi dobrze. Może wstępnie rozeznany? Określany przez mnie, jako pływanie mazurskie ze sznytem morskim. To zasługa Józka, który udostępnił mi „swój” akwen. Za to dziękuję. Do „mojej” łódki zamustrowanie zapowiedział Maciek I z Agnieszką. Bardzo się ucieszyłem. W styczniu 2018 zacząłem szukać czarteru na koniec lipca. Padło na Stepnicę- podpowiedział oczywiście Józek. Mała czarterownia, kilka łódek. Negocjacje, uzgadnianie wyposażenia jachtu i treść umowy trwały miesiąc a może dwa. Za długo. Czarterboss się zdenerwował. Może byłem za bardzo upierdliwy a może czarterboss mało tolerancyjny. Tylko Neptun to wie. Ja nie wyobrażałem sobie, że można czarterować łódkę bez umowy i określenia wyposażenia żeglarskiego. A czarterboss uważał, że taka umowa nie jest do niczego potrzebna. Zakończyło się kompromisem ja przygotowałem umowę a On podpisał. Ale było podbramkowo.

Łódka Jonson 26, „Madame PE”, pod szwedzką banderą, 7,95 dł., zanurzenie 1,40m, silnik stacjonarny 16KM, kingston morski, ploter i wszelkie żeglarskie szpeje.

Załoga- Piotr I i Anka, Maciek I i Agnieszka. Jak się później okazało, o poglądach jak ci gorszego sortu. Maciek I znał się nie tylko na żeglarstwie, astronomii, ale i również na wszystkich gatunkach piwa polskiego, niemieckiego i wszelakiego. Agnieszka i Anka umilały żeglowanie jak Nereidynimfy morskie uosabiające uroki morza. Były odporne na bujanie łódki i męskie komentarze mało feministyczne. Na pierwszej łódce „Marzenie J” –Józek- komandor flotylli, Piotr II i Zosia. Te dwie łódki pływały dwa tygodnie. Tydzień pływał na trzeciej łódce „Delta”–Maciek II, Darek, Iza i Ewelina. Tu zarówno załoga i łódka nie były pewne do samego końca. Do ostatniej chwili trwały przetasowania, tylko Maciek II był pełen optymizmu i nadziei. Podziwiam!

Stepnica położona jest na wschodnim wybrzeżu Zatoki Szczecińskiej prawie naprzeciwko Trzebieży. Dobre położenie, małe miasteczko, bary, restauracje, stacja benzynowa i Biedronka na bunkier jachtowy, dwie mariny: w Kanale Młyńskim i gminny port jachtowy im. kapitana Roberta Hilgendorfa. Port w Kanale Młyńskim jest bardzo osłonięty i zaciszny, ale infrastruktura portowa taka sobie. Port gminny, to nowa inwestycja z nadbrzeżem, sanitariatami, możliwością podłączenia do prądu i wody, ale nieosłonięty i wystawiony na wiatr i fale. W tym drugim czekała na nas „Madame PE” pod szwedzką banderą i nasz kolega Józek skipper jachtu „Marzenie J”- i oczywiście czarterboss Konrad. Jak to zwykle bywa czarterboss okazał się bardzo komunikatywnym i bezpośrednim facetem. Nie było żadnego problemu z łódką a i czarterboss patrzył na mnie już przychylnym okiem. Ja na niego też.

29.08.2018. Klarowanie jachtu, sztauowanie żeglarskiego i nieżeglarskiego szpeju, zakupy spożywcze w Biedronce, obiad na „mieście”, konkretyzowanie trasy rejsu, wpatrywanie się w www.windguru.cz i mała integracja. Oczekiwanie na załogę Józka, która była już na końcówce drogi S10. Załoga Maćka II miała inny port zaokrętowania –Lubczynę nad j. Dąbie i większe opóźnienie i mieli do nas trochę wody do przepłynięcia. Załoga się spóźniła, wypłynęli po czasie, silnik niedomagał, mieli za mało paliwa. Józek popłynął do nich z pomocą techniczną. Popłynęli własnym torwaterem najpierw do Trzebieży i Kamminke w Niemczech. Zawitali też do Nowego Warpna gdzie podziwiali odnowione miasto i z powrotem do Trzebieży. Następnym portem był Wolin z XXIV Festiwalem Słowian i Wikingów. Rejs zakończyli w Lubczynie. Niestety nie udało się nam spotkać w te trzy załogi na trasie. Szkoda.

My natomiast wypłynęliśmy w poniedziałek kierując się do Uncermünde gdzie cumowaliśmy w lokalnym klubie żeglarskim. W porcie, zresztą we wszystkich niemieckich portach jest cicho, żeby nie powiedzieć, że bardzo cicho. Nie ma śpiewów, głośnych rozmów i żadnych imprez. Sąsiadów łódkowych nawet nie słychać, tak jak by ich nie było. Miasteczko zadbane, wyludnione i ciche. Następnego dnia popłynęliśmy do Mönkebude wykąpać się i trochę poplażować. Obiad na jachcie smakował wyśmienicie. A w porcie właśnie wodował się Leon, którego wypatrzył Maciek I. Leon to oddzielna historia. W ubiegłym roku Maciek I pływając z Józkiem na tych wodach potrzebował euro. Zapytał pierwszego załoganta na niemieckiej łódce. A załogant odezwał się po polsku. Okazał się byłym mieszkańcem Olsztyna, który wyemigrował do Niemiec za lepszym życiem i tam mieszka już od wielu lat. Pływali razem. Spotkanie to przerodziło się w bardzo dobrą znajomość. W tym roku bez żadnego umawiania się spotykamy Leona w porcie. Dobrym wspomnieniom nie było końca a i dalsze pływanie było już w trzy łódki. Leon pływał trochę przerobioną żaglówką na motorówkę. Nocowaliśmy w Karnin gdzie jest pozostałość niedokończonego mostu kolejowego, którego przęsło w całości miało się podnosić na czterech podporach umożliwiając przepływ jachtów. Następną „przeszkodą” był most zwodzony na rzece Pene w Zecherin. Nocowaliśmy w Lassen w małym porciku. W Lassen są małe domki z charakterystycznymi ozdobnymi kolorowymi drzwiami. Następnego dnia płyniemy do Zinowotz. Zinowitz to taki ichni mniejszy Sopot z molem. Kąpiemy się w morzu i mamy chwilę odpoczynku. Ciekawym „urządzeniem” jest kapsuła, która zanurza się w morzu i można obserwować podwodne życie. W sklepie obsługuje nas trzech polskich studentów, do których usiłowaliśmy zagadać po niemiecku. Płyniemy do Wolgast i czekając na otwarcie mostu zwiedzamy miasto. Nic ciekawego. Późnym wieczorem po ciemku wpływamy do Peenemünde. W porcie nad naszym bezpieczeństwem czuwa radziecka łódź podwodna a w oddali pociski V-1. Rano zwiedzamy te nasze nocne środki bezpieczeństwa i dodatkowo muzeum. Podsumowaniem muzeum o produkcji pocisków V 1 w okresie II wojny jest to, że Niemcom możemy zawdzięczać późniejsze loty w kosmos i rozwój techniki kosmicznej. Tak przekuli tragedię wojenną w swój sukces technologiczny. W Peenemünde rozstajemy się z załogą Jóźka, która musi zdążyć do Stepnicy i Leonem, który zmienia kurs na własny. Zrobiło się pusto i brak było codziennych kontaktów i rozmów z Jóźkiem o warunkach pogodowych i planach pływań i ciekawych portach i miejscach, ale i też, co wieczornych integracji. Teraz musiała wystarczyć rozmowa telefoniczna. Zabrakło też perlistego śmiechu Piotra II i wyciszonej Zosi, oraz tęskniącego za Polską Leona. Opuszczamy Zalew Szczeciński i płyniemy Bałtykiem do Greiswaldu. Mijamy statki układające nitkę gazociągu Nord Stream 2 ?? Jest to nawet naniesione na ploterze. A EU ciągle dyskutuje czy na to pozwoli. Ciekawostką w Greiswaldzie /prawa miejskie otrzymało miasto w 1296 r. z rąk książąt pomorskich/ jest tama na rzece Ryck zapobiegająca cofce z morza, ruiny klasztoru i stare miasto z najstarszym uniwersytetem pomorskim założonym w 1456 r. W tym klasztorze została pochowana Anna Jagiellonka córka króla Polski Kazimierza Jagiellończyka. Następnym portem jest Peenemünde Nord, z którego dopływamy do Świnoujścia. Idziemy za namową Agnieszki na obiad do baru, który miał serwować pyszne pierogi, ale pierogarnia już się zlikwidowała. Pozostała nam tawerna portowa. W następnym porcie Wapnicy spotykamy bractwo „Czarnego węża” na stylizowanej łodzi ubranych w sukmany z epoki. Zajmują się rekonstrukcją realiów życia IX –XI wieku słowiańszczyzny. Spotykamy ich jeszcze na Zalewie jak płyną dostojnie pod pięknymi żaglami a my płyniemy już do Wolina na spotkanie z załogą Józka i Leonem. Całodniowy odpoczynek spanie na trawie, leniuchowanie i niekończące się rozmowy Polaków o –właśnie, o czym? O rejsie, który się kończy, o pożarze trzcinowiska w pobliżu skansenu Centrum Słowian i Wikingów o trójkołowcach, którzy zjechali na krótki odpoczynek -o wszystkim. To był wieczór trzech łódek i ich załóg. Był szampan z lodem i inne smakołyki. Jutro /12.08.2018/ w Stepnicy zakończenie rejsu. Nie pisałem o pogodzie i kierunkach i sile wiatru jak to powinienem. Wszak to rejs. To uzupełniam: pogoda była słoneczna ciepła i gorąca. Wiatr i woda nas oszczędzały i nie straszyły swa potęgą. To nie znaczy, że nie zatrzymały nas w porcie, ale to raczej z naszego lenistwa i zdrowego rozsądku. Nie pisałem o pierwszych kluczach gęsi gęgawy na niebie, o pięknych zachodach słońca i zbierających się ciężkich chmurach burzowych, o kwiatkach na niemieckiej łódce, pod salingiem proporczykach PTTK i klubowej na „Marzeniu J”, to można zobaczyć na zdjęciach.

I to tyle. Ahoj.

Opracował. Piotr I Kamiński

Zdjęcia:

Agnieszka Grzemska

Piotr Kamiński